poniedziałek, 23 grudnia 2013

I. Alchemik


#Edward


     Jeszcze zanim podniósł oczy, Edward wiedział, że to nie był zwykły sen. To był omen. Ponura, nieunikniona przyszłość. 
     Czy się bał? Nie, wcale. Przestał się bać, gdy zmarła matka; kiedy za ojcem z hukiem zamknęły się drzwi, a z drobnego, chorowitego ciała Ala ulatywało z każdą chwilą życie. 
     Nie, to oczywiście nieprawda. Bał się, cholernie się bał. Przez całe życie, odkąd tylko sięgał pamięcią. Ale teraz... nie zwracał na to uwagi. Zbagatelizował strach i zdusił go w zarodku.. Mimo to, on wciąż tam jest, gotowy, by przejąć władze na ciałem i umysłem, siedzi przyczajony, niczym wilk w cieniu podświadomości. Edward odczuwał go boleśnie, za każdym razem, ilekroć się kładł się spać... 
     Elrica nie łatwo było przestraszyć, teraz jednak, jeszcze na poły we śnie, zaczął przeraźliwie krzyczeć, zupełnie jak przerażona panienka na widok węża. 
     Wymachując ramionami, starał się odpędzić wyimaginowany, niezwykle uparty rój much. W efekcie, spadł z łóżka, ciągnąć za sobą prześcieradło i kołdrę. Z bólem głowy i klatki piersiowej, powitał nowy dzień bliższym spotkaniem z chłodną podłogą. Edward jęknął żałośnie, przekręcając się na plecy; zerknął na wiekowy zegar, próbując dostrzec w ciemnościach strzałki i liczby zegarka. 
     Gdy wzrok już przywykł do ciemni, z łatwością odczytał godzinę. Czwarta dwadzieścia trzy, nad ranem. Elric westchnął i przymknął powieki, wsłuchując się w martwą ciszę domu.Wstawszy gładko parę chwil później, chłopak narzucił na siebie jakieś czyste ubrania oraz nieodłączny, czerwony płaszcz i zszedł po cichu na dół, uprzednio wrzucając zmiętą pościel na łóżko i cicho zamykając drzwi. 
     Edward szedł bezszelestnie, mimo to dom, sprzed czasów wybuchu Przemiany, z jękiem odpowiadał na każdy jego krok. Zaległa całkowita cisza, gdy przystał koło uchylonych drzwi. Chłopak wstawił głowę do środka, uśmiechając się lekko. Oto jego oczom ukazał się widok rzadki i niezwykle uroczy: Al, chrapiąc, spał rozrzucony na całym posłaniu, z kocem zakrywającym jedynie lewą nogę. W pokoju panował półmrok, pomimo tego Edward widział doskonale, jak na podłodze walają się opasłe tomiska z różnych epok, wieków i lat. Niektóre były cieniutkie, żółte i małe, wręcz ginęły w tle potężnych, sześćset stronicowych tomów, równie starych jak nowych. Nie musiał się wysilać, by wiedzieć, o czym one są. Alphonse czytał wszelkie powieści romantyczne i nadprzyrodzone. 
     Starszy brat śpiącego skierował wzrok na biurko, które w ogóle biurka nie przypominało, bowiem zawalone było książkami i własnymi wierszami Ala, obecnie w postaci pogniecionych kulek. Edward pokręcił głową, wszedł do środka całkowicie i chwycił jedną z owych kulek. Rozprostował zwitek i przeczytał pierwszą linijkę tekstu po czym odłożył papier, pełen podziwu dla kunsztu pisarskiego brata. Następnie, co uczynił, było przykrycie kocem Ala, który zagruchał słodko, gdy ciepły materiał owinął się obok zziębniętego ciała. Noce w tym domu zawsze są chłodne, mimo to on zawsze się rozkopuje, zauważył Elric, wychodząc z braterskiego pokoju. Zamknął drzwi i teraz ruszył ku kuchni. W owym pomieszczeniu panował jeszcze większy chłód, aniżeli w innych pokojach. 
     Edward był ciepło ubrany, jednakże wzdrygnął się, gdy  zimno objęło go i nie zamierzało puszczać. Otworzył drzwi od lodówki, w poszukiwaniu czegoś na śniadanie. Za nim zatrzasnął drzwiczki z hukiem, posłał "białej lurze wyciśniętej z krowy", czyli mleku, wzgardzone spojrzenie. Edward nade wszystko nie cierpiał mleka. Odkąd skończył pięć lat, zarzekł się, iż więcej tegoż napoju nie wypije, a daną obietnicę przestrzega kategorycznie. Zamiast kanapek, Elric na pierwszy posiłek chwycił jabłko. Przysiadł na blacie, wgryzając się w słodki owoc. 
     W kuchni, podobnie jak w pokoju Ala, panował półmrok, gdyż żaluzje były pozaciągane, a i na dworze było ciemno. Nic mu to nie przeszkadzało, Edward przywykł do ciemności. Skończywszy śniadanie, wyrzucił ogryzę do śmieci, umył twarz i ręce w zlewie, a następnie wypił całą butlę soku pomarańczowego, która opróżniona już podzieli los ogryzki.  Elric, westchnął po raz kolejny i podszedł do okna. Rozsunął kotarę i wyjrzał przez szybę w absolutną ciemność. 
     Noc była taka cicha, spokojna. Jakby tylko zamalowano błękitne niebo. Oparłszy czoło o chłodne szkło, chłopak spoglądał w noc, choć w zasadzie już dzień. Wiedział, że słońce wstanie dopiero za dwie godziny, a Alphonse za pięć. Do tego czasu musi się jakoś ogarnąć. Nie chciał nic robić, usnąć już i tak by nie mógł, ale jakoś ten czas, te siedem godzin musi spożytkować, nie? 
     W chwili, gdy zamykał oczy, coś błysnęło zza okna, wśród czarnych drzew. 
     I wówczas usłyszał warczenie. Warczenie rozwścieczonego wilka i przyczajonego tygrysa w jednym. Elric uśmiechnął się, jego usta rozciągnęły się w przerażającym grymasie. Już wiedział, jak zabić ten czas. Przez chwilę wpatrywał się w pożółkłe światło ślepi demona, aż wreszcie istota wychynęła nieco z cienia, ukazując pysk straszliwy, czarny, osmalony, zakrwawiony, niebezpieczny.
     Edward Elric zatarł dłonie, metaliczna proteza z bladą, szorstką skórą otarły się o siebie, kiedy za blondynem trzasnęły drzwi. Dało się słyszeć ciche klaśnięcie, i przerażające wycie bólu demona. 
     Owe głosy nawiedzały okolicę przez pięć równych godzin...


 .

niedziela, 22 grudnia 2013

Prolog



Ciemność. Otępienie. Ból. Pustka. Smutek.  Ciemność. Otępienie. Ból. Pustka. Smutek..... Niekończąca się litania odczuć.   Nieprzyjemnych emocji. 
Poza całkowitą ciemnością, nic nie widzi, Poza otępiającym bólem i smutkiem, nie czuje nic. Oprócz pustki wokół siebie, nie myśli o niczym. 
Umiera. Właściwie to pewnie już umarł, skoro znajduje się w czeluściach ciemności. Dryfuje, nie zdając sobie z tego sprawy. Żagluje  wśród wymaigowanych skał.
Poddaje się całkowicie.  Bo po cóż walczyć? Po co się męczyć? Wiadomo, że wszystkie starania pójdą na nic. Więc nie robi nic.  Poddaje się i dryfuje, dryfuje wśród ciemności, pogrążony w zadumie, choć o niczym ważnym nie myśli....
Wtem odpręża się całkowicie.  Uff... Nie wiedział, że jest taki spięty.. Myśli. Obrazy i słowa przewijają mu się przed oczami. Wtedy... Jego drobne ciało przeszywa dreszcz.
Al.
Uśmiecha się, nie zdając sobie z tego sprawy. Wyobraża sobie zdumioną, zszokowaną, lecz pełną łez i ulgi twarz brata. Odzyskał ciało. Był szczęśliwy. Nareszcie. To dzięki niemu. To on z powrotem zamienił zależną zbroję Alphonse`a na kruche, wychudzone, lecz ciepłe i żywe ciało.  Czuje się dobrze.  Al  jest szczęśliwy.   Warto było umrzeć....
Skrzywia się nieświadomie na tą ostatnią myśl. Nabiera w płuca powietrza, wypuszcza je powoli. Wie, że nie musi tego robić. Już nie... Kolejna myśl. Kolejne słowo, które wywołuje przyjemny dreszcz.

Winry. 
Kochana Rockbell pewnie się zamartwia. Martwi się, jak zawsze. Wyobraża sobie jej kruchą, bladą twarzyczkę, okalaną blond włosami.  Oczy pełne łez.  Kocha ją. Wiedział o tym od dawna.  Szkoda, że ona nie... Jest za późno. Nie zdążył jej powiedzieć. Już nigdy jej o tym nie powie. Nie może. Już. Nigdy...

Alphonse. Winry. Babcia Pinako. Riza. Mustang. Armstrong. Izumi i jej mąż.  Havoc.  I inni...

Ci wszyscy... Pewnie się martwią. Są nieszczęśliwi, bo on nie żyje. Nie jest tego pewien, lecz... czuje to. To dziwne. Czuje ich ból. Smutek. Gniew. Rozpacz. Ci wszyscy.... 
NIE!
Nie może się poddać. Dla nich... musi walczyć. Tak jak oni walczyli o niego. Dla niego.
Podrywa się gwałtownie. Blade ciało lśni od potu. Wreszcie podnosi powiekę.  Jedną. Potem drugą. Płynne złoto w jego tęczówkach zdają się oświetlać ciemność dookoła. Co chwila zaciska dłonie w pięści i rozprostowuje. I tak przez jakiś czas. Odzyskuje czucie w dłoniach. Otępienia mija, powolnie.

Szarpie się, coraz mocniej i mocniej. Zawzięcie. Unosi głowę. Blond włosy przysłaniają mu widok. Ale to nic. Drżącą dłonią odgarnia blond czuprynę.

Widzi Bramę. I jaśniejącą postać... bez konturów. Bez twarzy.  Oczu. Nosa. Jakichkolwiek rys. Tylko duże usta. Po prostu lśniąca, ludzka sylwetka. Uśmiecha się szeroko. Obraźliwie. Zjadliwie. Kpiąco.
Blondyn staje na nogach, z którym minęło całkowite odrętwienie.  Spogląda z pogardą i determinacją na Bramę oraz Prawdę.

-Więc jednak chcesz żyć? Chcesz cierpieć, trudzić się i męczyć, Alchemiku? Hardy jesteś. Ryzykowałeś wiele, straciłeś jeszcze więcej. Człowieku, ty nie żyjesz. Nawet pomimo tego, chcesz walczyć. Przeciwstawić się Prawdzie. Bogowi. Odważnyś czy głupiś? Ponownie chcesz wstąpić na ziemie, by żyć z tymi, których utraciłeś. Dla których poświęciłeś swe życie. I myślisz, że cię pozwolę? Śmieszny jesteś.

Odzywa się jaśniejąca postać. Uśmiecha się od przezroczystego ucha do ucha. Wtem ciemność znika. Pozostaje jaskrawa biel.  Wokół jest biało. Tak bardzo biało. Pośród bieli wyróżnia się on.  i Bóg. Oraz Brama. Wielka, metalowa brama.

Edward Elric uśmiecha się z wyższością.  Nie musi nic mówić, więc kiwa tylko głową.
Bóg wzdycha. Kiwa głowa także. Pozwala Edwardowi Elricowi przejść przez bramę. Lecz zatrzymuje go na chwilę. Przemawia doń wypranym z emocji, poważnym szeptem. Pyta, czy jest pewny swego wyboru. Alchemik nie odpowiada.
Przekracza Bramę, już go nie ma...
Prawda przygląda się miejscu, w którym przed chwilą stał blondyn. Potem przemawia sam do siebie, lewitując, krzyżuje nogi,  podpiera dłonią brodę. Przemawia do Edwarda Elrica, choć wie, iż ten ją nie usłyszy.
  -Powrócisz na ziemię, lecz za jaką cenę? Trafisz tam, gdzie nikogo nie znajdziesz.  Wieki od czasu, gdy widziałeś swych kompanów po raz ostatni. Usatysfakcjonuje cię to? Z dala od rodziny, ukochanej, przyjaciół. Ze świadomością, że ty żyjesz, zaś oni nie. Zadowoli cię to, Alchemiku? Dasz sobie z tym radę, razem ze swym uporem, determinacją? Czy zdołasz przeżyć w świecie technologii? Życzę ci powodzenia,  Alchemiku. Przyda ci się...