niedziela, 22 grudnia 2013
Prolog
Ciemność. Otępienie. Ból. Pustka. Smutek. Ciemność. Otępienie. Ból. Pustka. Smutek..... Niekończąca się litania odczuć. Nieprzyjemnych emocji.
Poza całkowitą ciemnością, nic nie widzi, Poza otępiającym bólem i smutkiem, nie czuje nic. Oprócz pustki wokół siebie, nie myśli o niczym.
Umiera. Właściwie to pewnie już umarł, skoro znajduje się w czeluściach ciemności. Dryfuje, nie zdając sobie z tego sprawy. Żagluje wśród wymaigowanych skał.
Poddaje się całkowicie. Bo po cóż walczyć? Po co się męczyć? Wiadomo, że wszystkie starania pójdą na nic. Więc nie robi nic. Poddaje się i dryfuje, dryfuje wśród ciemności, pogrążony w zadumie, choć o niczym ważnym nie myśli....
Wtem odpręża się całkowicie. Uff... Nie wiedział, że jest taki spięty.. Myśli. Obrazy i słowa przewijają mu się przed oczami. Wtedy... Jego drobne ciało przeszywa dreszcz.
Al.
Uśmiecha się, nie zdając sobie z tego sprawy. Wyobraża sobie zdumioną, zszokowaną, lecz pełną łez i ulgi twarz brata. Odzyskał ciało. Był szczęśliwy. Nareszcie. To dzięki niemu. To on z powrotem zamienił zależną zbroję Alphonse`a na kruche, wychudzone, lecz ciepłe i żywe ciało. Czuje się dobrze. Al jest szczęśliwy. Warto było umrzeć....
Skrzywia się nieświadomie na tą ostatnią myśl. Nabiera w płuca powietrza, wypuszcza je powoli. Wie, że nie musi tego robić. Już nie... Kolejna myśl. Kolejne słowo, które wywołuje przyjemny dreszcz.
Winry.
Kochana Rockbell pewnie się zamartwia. Martwi się, jak zawsze. Wyobraża sobie jej kruchą, bladą twarzyczkę, okalaną blond włosami. Oczy pełne łez. Kocha ją. Wiedział o tym od dawna. Szkoda, że ona nie... Jest za późno. Nie zdążył jej powiedzieć. Już nigdy jej o tym nie powie. Nie może. Już. Nigdy...
Alphonse. Winry. Babcia Pinako. Riza. Mustang. Armstrong. Izumi i jej mąż. Havoc. I inni...
Ci wszyscy... Pewnie się martwią. Są nieszczęśliwi, bo on nie żyje. Nie jest tego pewien, lecz... czuje to. To dziwne. Czuje ich ból. Smutek. Gniew. Rozpacz. Ci wszyscy....
NIE!
Nie może się poddać. Dla nich... musi walczyć. Tak jak oni walczyli o niego. Dla niego.
Podrywa się gwałtownie. Blade ciało lśni od potu. Wreszcie podnosi powiekę. Jedną. Potem drugą. Płynne złoto w jego tęczówkach zdają się oświetlać ciemność dookoła. Co chwila zaciska dłonie w pięści i rozprostowuje. I tak przez jakiś czas. Odzyskuje czucie w dłoniach. Otępienia mija, powolnie.
Szarpie się, coraz mocniej i mocniej. Zawzięcie. Unosi głowę. Blond włosy przysłaniają mu widok. Ale to nic. Drżącą dłonią odgarnia blond czuprynę.
Widzi Bramę. I jaśniejącą postać... bez konturów. Bez twarzy. Oczu. Nosa. Jakichkolwiek rys. Tylko duże usta. Po prostu lśniąca, ludzka sylwetka. Uśmiecha się szeroko. Obraźliwie. Zjadliwie. Kpiąco.
Blondyn staje na nogach, z którym minęło całkowite odrętwienie. Spogląda z pogardą i determinacją na Bramę oraz Prawdę.
-Więc jednak chcesz żyć? Chcesz cierpieć, trudzić się i męczyć, Alchemiku? Hardy jesteś. Ryzykowałeś wiele, straciłeś jeszcze więcej. Człowieku, ty nie żyjesz. Nawet pomimo tego, chcesz walczyć. Przeciwstawić się Prawdzie. Bogowi. Odważnyś czy głupiś? Ponownie chcesz wstąpić na ziemie, by żyć z tymi, których utraciłeś. Dla których poświęciłeś swe życie. I myślisz, że cię pozwolę? Śmieszny jesteś.
Odzywa się jaśniejąca postać. Uśmiecha się od przezroczystego ucha do ucha. Wtem ciemność znika. Pozostaje jaskrawa biel. Wokół jest biało. Tak bardzo biało. Pośród bieli wyróżnia się on. i Bóg. Oraz Brama. Wielka, metalowa brama.
Edward Elric uśmiecha się z wyższością. Nie musi nic mówić, więc kiwa tylko głową.
Bóg wzdycha. Kiwa głowa także. Pozwala Edwardowi Elricowi przejść przez bramę. Lecz zatrzymuje go na chwilę. Przemawia doń wypranym z emocji, poważnym szeptem. Pyta, czy jest pewny swego wyboru. Alchemik nie odpowiada.
Przekracza Bramę, już go nie ma... Prawda przygląda się miejscu, w którym przed chwilą stał blondyn. Potem przemawia sam do siebie, lewitując, krzyżuje nogi, podpiera dłonią brodę. Przemawia do Edwarda Elrica, choć wie, iż ten ją nie usłyszy.
-Powrócisz na ziemię, lecz za jaką cenę? Trafisz tam, gdzie nikogo nie znajdziesz. Wieki od czasu, gdy widziałeś swych kompanów po raz ostatni. Usatysfakcjonuje cię to? Z dala od rodziny, ukochanej, przyjaciół. Ze świadomością, że ty żyjesz, zaś oni nie. Zadowoli cię to, Alchemiku? Dasz sobie z tym radę, razem ze swym uporem, determinacją? Czy zdołasz przeżyć w świecie technologii? Życzę ci powodzenia, Alchemiku. Przyda ci się...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz